Recenzja: Karel Čapek, Opowieści z jednej kieszeni: opowiadania kryminalne

„Opowieści z jednej kieszeni” czytałem nie jak zwykły zbiór kryminałów, lecz jak inteligentną serię prób z ludzkiej omylności. Čapek korzysta z rekwizytów gatunku: policjanta, sędziego, prokuratora, jasnowidza, mordercy, dowodu i poszlaki, ale stale przesuwa punkt ciężkości. Nie pyta tylko: „kto zabił?” albo „kto ukradł?”. Bardziej interesuje go: skąd wiemy, że wiemy? Czy prawda wynika z metody, przypadku, rutyny, intuicji, próżności, a może ze zwykłego ludzkiego błędu?

Najbardziej podoba mi się to, że Čapek rozbraja kryminał od środka. U Conan Doyle’a detektyw panuje nad chaosem, a szczegół prowadzi do pewnego rozwiązania. U Čapka szczegół też bywa decydujący, ale nie daje komfortu. W „Sprawie doktora Mejzlíka” policjant łapie kasiarza dzięki popiołowi na butach, lecz zamiast triumfować, wpada w zakłopotanie: nie wie, czy zadziałała obserwacja, przypadek, nawyk, instynkt czy przeczucie. To świetne otwarcie, bo zapowiada książkę, w której rozwiązanie zagadki nie kończy pytań, lecz dopiero je uruchamia.

Autor znakomicie czuje krótką formę. „Niebieska chryzantema” właściwie nie jest typowym kryminałem, a działa jak śledztwo: jest tajemniczy przedmiot, fałszywe tropy, bezradność autorytetów i rozwiązanie kompromitujące rozsądek dorosłych. Jak u Chestertona, tajemnica ukrywa się nie dlatego, że leży daleko, lecz dlatego, że wszyscy patrzą zgodnie z przyzwyczajeniem. Tablica zakazująca chodzenia po torach okazuje się skuteczniejsza niż mur.

Najlepsze teksty mają podwójne dno. „Wróżka” zaczyna się jak żart z oszustki, ale kończy przewrotnym potwierdzeniem jej przepowiedni. „Jasnowidz” idzie dalej: prokurator chce zdemaskować hochsztaplera, a otrzymuje portret mordercy, który okazuje się portretem jego samego. To jedna z najmocniejszych satyr w tomie — na ludzi władzy, którzy cudzą bezwzględność nazywają zbrodnią, a własną obowiązkiem.

Čapek przypomina mi trochę Kafkę, ale bez kafkowskiego koszmaru. Obaj widzą absurd instytucji i procedur, lecz Čapek ma więcej ciepła. Jego policjanci, sędziowie i urzędnicy bywają śmieszni, próżni albo omylni, ale pozostają ludźmi. Autor nie wygłasza kazań o sprawiedliwości, tylko pokazuje ją w działaniu: niedokładną, przypadkową, czasem ślepą, czasem zadziwiająco trafną.

Nie wszystkie opowiadania są równie mocne; niektóre opierają się na jednej puencie. Mimo to zbiór nie nuży, bo Čapek ma świetne ucho do dialogu i potrafi kilkoma zdaniami stworzyć charakter. To kryminał antyefektowny w najlepszym sensie: bez mrocznej pozy, bez laboratoryjnej perfekcji Holmesa, za to z ironią, paradoksem i przenikliwą wiedzą o człowieku. Po lekturze pamiętam nie tyle same zbrodnie, ile pytania: czy metoda nie bywa maską przypadku i czy człowiek naprawdę zna motywy własnych czynów.

Więcej o tej książce na naszych stronach.