Recenzja: Joseph Smith Fletcher, Morderstwo dziewiątego baroneta
To kolejne wspólne śledztwo duetu detektywów Chaney&Camberwell, jako miłośnik serii nie mogłem do pominąć. Czytając „Morderstwo dziewiątego baroneta” Josepha Smitha Fletchera, miałem wrażenie, że wracam do złotej epoki brytyjskiej łamigłówki kryminalnej: tej, w której zbrodnia jest jak mechanizm zegarka, a autor z uporem pokazuje nam trybiki – tylko po to, by na końcu udowodnić, że patrzyliśmy nie w tę stronę. To przy tym czwarte wspólne śledztwo spółki detektywów Chaney i Camberwell – i czuć, że duet ma już wypracowany rytm: Chaney prowadzi partię szachów, ja (Camberwell) opisuję ruchy, czasem z opóźnieniem pojmując ich sens.
Punkt wyjścia jest klasycznie „angielski”: nagły powrót uznanego za zmarłego sir Johna Maxtondale’a, jego niepokojące zniknięcie i szybka eskalacja do potrójnej zbrodni w wiejskim pejzażu Heronswood. Fletcher dokłada do tego motor sensacji – diamenty warte trzydzieści tysięcy funtów, które sir John miał przy sobie, a które znikają bez śladu. Odtąd książka pracuje na dwóch napędach naraz: „kto zabił?” i „gdzie są kamienie?”. I właśnie to podwójne sprzężenie podobało mi się najbardziej, bo sprawia, że śledztwo nie jest jedynie rekonstrukcją nocy zbrodni, ale też mapą interesów – od prowincjonalnego majątku po londyńskie adresy i półświatek.
W porównaniu z powieściami Agathy Christie, Fletcher jest mniej „salonowy”, bardziej reportażowy w prowadzeniu tropów: częściej czuję zapach błota na butach i szelest gazet niż elegancką grę konwersacji w zamkniętym pokoju. Jednocześnie konstrukcja podejrzeń – mylne teorie policji, wygodne kozły ofiarne i narastające przekonanie Chaneya, że rozwiązanie musi wynikać z motywu – ma w sobie coś bardzo z Christie. Z kolei z Sherlockiem Holmesem łączy tę powieść partnerska dynamika narracji: genialniejszy detektyw i relacjonujący jego ruchy towarzysz (choć Camberwell jest bystrzejszy od Watsona). Różnica jest taka, że Chaney nie fetyszyzuje dedukcji; on lubi „punkt centralny” sprawy, a gdy go uchwyci – przyspiesza jak pociąg.
Największą przyjemność dała mi jednak atmosfera, którą bez trudu porównałbym do serialu Morderstwa w Midsomer: spokojna wieś, gęsta sieć zależności, ludzie, którzy „coś wiedzą, ale nie powiedzą”, i poczucie, że pod porządną fasadą czai się interes, wstyd albo ambicja. Mam nieodparte wrażenie, że twórcy tego serialu bardzo dogłębnie przeczytali wszystkie powieści Fletchera.
Książkę polecam miłośnikom kryminałów angielskich, kryminałów retro oraz angielskiej prowincji.