Recenzja: S. S. van Dine, Sprawa morderstwa Greenów
Czytając „Sprawę morderstwa Greenów”, miałem nieustanne poczucie, że wchodzę do prawdziwego, istniejącego domu – do starej rezydencji na 53. ulicy, zawieszonej nad mętną wodą East River, odgrodzonej murem od reszty miasta. Ten budynek, relikt dawnego nowojorskiego patrycjatu, jest właściwie głównym bohaterem powieści. Van Dine bardzo wyraźnie pokazuje, że tragedia Greenów to nie tylko logiczna łamigłówka, ale przede wszystkim historia powolnego rozkładu rodu, który nie umie odnaleźć się w brutalnie nowoczesnym mieście. Już na pierwszych stronach narrator–prawnik zapowiada, że prasa zna jedynie „zewnętrzne fakty”, a prawdziwa groza kryje się pod powierzchnią oficjalnych raportów.
W porównaniu z Agathą Christie od razu uderza mnie inna perspektywa. U Christie – nawet przy najbardziej wymyślnych zbrodniach – centrum stanowi zwykle społeczność: wioska, pensjonat, rodzina, którą obserwujemy oczami Poirota lub panny Marple. Van Dine startuje z poziomu kryminalisty–estety. Philo Vance nie jest ani ciepły, ani pocieszny; to arystokrata–snob, który traktuje zbrodnię jak rodzaj perwersyjnej łamigłówki, zagadnienie z zakresu psychologii i logiki. Tam, gdzie Poirot analizuje drobne gesty i ploteczki, Vance rozprawia o psychologii, broni balistycznej, eksperymentach z odciskami palców, a jednocześnie rzuca ironiczne uwagi o ludzkiej naturze.
U Christie napięcie często bywa podszyte humorem; u Van Dine’a dom Greenów od początku jest neurotyczną pułapką – pełną stłumionych uraz, niewypowiedzianej nienawiści i latami pielęgnowanych pretensji. Testament zmarłego Tobiasza, zmuszający dorosłe dzieci do życia pod jednym dachem, brzmi jak przepis na katastrofę; a kolejne morderstwa tylko systematyzują to, co w tej rodzinie i tak od dawna było martwe.
Bardzo podoba mi się, jak powieść zakorzeniona jest w Nowym Jorku przełomu lat 20. i 30.. To nie jest umowna „gdzieś-tam-Ameryka” – Van Dine pokazuje konkretne miasto: zimne, ośnieżone, neutralne emocjonalnie, ale bezlitośnie nowoczesne. Widzimy stary patrycjuszowski dom przy East River, który nagle znajduje się w cieniu komercyjnego Manhattanu, w mieście gangsterów, prohibicji, bezrobotnych i nowego pieniądza. To świat w przededniu Wielkiego Kryzysu: część bogaczy jeszcze żyje w iluzji, że ich mury i fortuny są wieczne, ale za bramą już rządzą inni.
Strukturalnie powieść jest bardziej „techniczna” niż większość kryminałów Christie. Dostaję tu szczegółowy dziennik śledztwa: raporty lekarzy sądowych, rozmowy z inspektorem policji, opisy oględzin miejsca zbrodni. Narrator, sekretarz Vance’a, skrupulatnie notuje godziny, ilość śniegu, układ śladów, rozmieszczenie pokoi, przebieg balistyki. U Christie takie elementy zwykle są pretekstem; najważniejsze są interakcje między ludźmi i niespodziewana psychologiczna motywacja. U Van Dine’a technika staje się kluczem do zagadki – bez niej nie zrozumiemy, jak finezyjny jest plan zbrodniarza.
Z drugiej strony, jako czytelnik, czasem czuję się tu bardziej jak słuchacz wykładu niż świadek żywego dramatu. Vance mówi dużo – o sztuce, filozofii, psychologii – i trzeba zaakceptować ten styl, żeby czerpać przyjemność z książki. Dla mnie to działa: jego ironiczne komentarze, chłodne bon moty i erudycja tworzą specyficzny klimat. Ale sądzę, że ktoś przyzwyczajony do zwięzłych dialogów Christie i jej „angielskiej ekonomii słowa” może tu momentami czuć przesyt.
Jeśli chodzi o konstrukcję zagadki, „Sprawa morderstwa Greenów” to przykład klasycznego „serial-killera w jednym domu”, z kolejnymi ofiarami i coraz bardziej klaustrofobiczną atmosferą. Van Dine gra fair: zostawia nam ślady w dialogach, w topografii domu, w drobnych sprzecznościach zeznań. W porównaniu z Christie mniej tu błyskotliwych fałszywych tropów opartych na psychologicznych założeniach czy formalnych tricków (w rodzaju narratora–mordercy). Zamiast tego dostaję skomplikowaną układankę logiczno–fizyczną: kto mógł być w danym momencie na korytarzu, jakie znaczenie ma wczesny listopadowy śnieg, skąd biorą się różnice w trajektorii kul. Już sama dyskusja o czasie, jaki mija między dwoma strzałami, staje się ważnym elementem dedukcji.
Jako czytelnik książek Christie jestem przyzwyczajony do tego, że autor na końcu „wywraca stolik” – nagle każe mi spojrzeć na całą historię z zupełnie innego kąta. Van Dine jest bardziej klasyczny: rozwiązanie, choć efektowne, wynika konsekwentnie z wcześniej podanych danych. Nie czuję tu takiego szoku jak przy lekturze „Morderstwa Rogera Ackroyda”, za to satysfakcja polega na czymś innym – na zobaczeniu, jak misternie autor powiązał motywy rodzinne, atmosferę domu, topografię rezydencji i techniczne szczegóły zbrodni.
Podsumowując: „Sprawa morderstwa Greenów” to klasyczny amerykański kryminał epoki jazzowo–depresyjnej, mocno osadzony w realiach Nowego Jorku i jednocześnie bardzo „europejski” w swej erudycyjnej stylizacji. Dla czytelnika przyzwyczajonego do elegancji Christie będzie to może lektura cięższa, bardziej „techniczna”, ale też niezwykle satysfakcjonująca, jeśli lubi się misternie skonstruowane intrygi rodzinne. Ja odłożyłem książkę z poczuciem, że byłem nie tylko świadkiem serii zbrodni, ale też końca pewnego świata – świata starych nowojorskich rodów, które nie umiały obronić się ani przed nowymi czasami, ani przed własnymi demonami.
Książka dostępna w księgarni Wydawnictwa CM.