Recenzja: Wiesław Hop, Jastrzębie nad połoniną (Kryminały bieszczadzkie)
Akcja „Jastrzębi nad połoniną” zaczyna się w Mucznem, w Gradysowej Dolinie, gdzie zostają znalezione zwłoki mężczyzny zmasakrowane przez dziką zwierzynę, a komisarz Andrzej Nowak – świeżo przeniesiony do Szerokiej Doliny – musi ustalić, czy to wypadek, czy jednak zbrodnia. Szybko okazuje się, że sprawa nie będzie „jednym trupem w lesie”, bo równolegle zaczyna narastać wątek zaginięć młodych kobiet; pogłoski krążą szybciej niż radiowóz, a kolejne ślady prowadzą przez miejsca znane każdemu, kto bywa w Bieszczadach: okolice Smereka, Cisnej, Ustrzyk Dolnych, pola namiotowe, odludne odcinki, gdzie łatwo urwać kontakt ze światem. W pewnym momencie śledztwo przestaje być czysto lokalne – wchodzą tropy pogranicza i ludzie funkcjonujący w szarej strefie, a stawka rośnie, bo strach zaczyna pracować nie tylko wśród turystów, ale i wśród tych, którzy mieszkają tu cały rok.
Na tym fundamencie najlepiej działa to, co u Hopa lubię najbardziej: twarda, proceduralna robota. Nowak nie jest detektywem od błyskotliwych olśnień, tylko policjantem w trybach – są odprawy, braki kadrowe, presja przełożonych, działania „na informacjach”, ryzyko błędu, który w terenie kosztuje dwa razy więcej, bo dojazd trwa, a trop stygnie szybciej. Bieszczady nie pełnią tu roli tła; teren realnie wpływa na śledztwo: odległości, las, sezonowy tłum, a czasem zwykła gęstość ciszy, w której ktoś może zniknąć bez świadków. Mocno wypadają też fragmenty związane z miejscową „materią życia” – choćby epizody smolarni i wypału węgla, opisane bez folkloru, za to z ciężarem pracy i dymu. To właśnie te szczegóły sprawiają, że powieść jest wiarygodna w bieszczadzkich realiach: czuć, że autor nie pisze o górach z zewnątrz, tylko traktuje je jak element układanki.
Nie wszystko gra równo. Miejscami pojawiają się krótkie obyczajowe wstawki (zwłaszcza w sposobie opisywania kobiet), które dla mnie zbyt lekko dotykają tonu i potrafią rozbić napięcie. Bywają też akcenty sensacyjne, które ocierają się o przerysowanie – jakby autor czasem chciał dodatkowo podbić „rozmach” drugiej strony, choć sama bieszczadzka przestrzeń już robi swoje.
I tu naturalnie nasuwa mi się porównanie z „Watahą”. W obu przypadkach pogranicze jest czymś więcej niż widokiem: uruchamia temat przemytu, zależności, milczenia, a góry nie są neutralne – potrafią ukryć człowieka i prawdę. Różnica leży jednak w perspektywie i gatunkowym ciężarze. „Wataha” jest thrillerem napędzanym zamachem, paranoją i rozgrywką wokół Straży Granicznej, z poczuciem, że ktoś „na górze” miesza w kartach i trudno komukolwiek ufać. U Hopa bliżej do klasycznego kryminału policyjnego: punkt ciężkości zostaje przy śledztwie – krok po kroku, w terenie, z konsekwencjami, które narastają warstwami. Jeśli „Wataha” działa jak opowieść o strukturach i konspiracji, to „Jastrzębie…” czytam jako historię o pracy, która brudzi ręce: o dochodzeniu, w którym geografia jest przeciwnikiem, a lokalne układy potrafią być równie niebezpieczne jak sam sprawca.
Na tle innych książek Hopa tę widzę jako bardziej „terenową” i twardszą odsłonę jego bieszczadzkiego świata: mniej nastroju dla samego nastroju, więcej logistyki, procedur i konsekwentnie rosnącego zagrożenia. Jeśli ktoś szuka kryminału, w którym Bieszczady naprawdę mają znaczenie – nie tylko jako piękny kadr, ale jako przestrzeń, która komplikuje wszystko – ta powieść spełnia tę obietnicę.
Książka dostępna w księgarni Wydawnictwa CM.