Karel Čapek, Śmierć barona Gandary
Kapitalne opowiadanie ze zbioru „Opowieści z drugiej kieszeni”.
– Posłuchajcie – powiedział na to pan Menšík – tego mordercę w Liverpoolu na pewno złapali, ci gliniarze; to była rzemieślnicza zbrodnia, a na takie zwykle się wpada. W takim wypadku zgarniają wszystkich notorycznych łotrów, którzy akurat chodzą na wolności, i pytają: no, chłopie, jakie masz alibi? A jeśli nie ma alibi – to znaczy, że to on. Policja nie lubi pracować z niewiadomymi czynnikami czy wielkościami; że tak powiem, stara się je sprowadzić do wielkości znanych, czyli notorycznych.
Opowiadanie pochodzi ze zbioru Opowieści z drugiej kieszeni:
Kiedy raz kogoś dorwą, mierzą go, pobierają odciski palców i odtąd to już ich człowiek; od tej chwili zwracają się do niego z zaufaniem, ilekroć coś się wydarzy; chodzą do niego ze starej znajomości, tak jak człowiek chodzi do swojego fryzjera albo do swojej trafiki. Gorzej, gdy jakiejś zbrodni dopuści się amator albo nowicjusz – powiedzmy ty czy ja; wtedy policji trudniej dobrać mu się do skóry.
Ja mam w dyrekcji policji jednego krewnego, nazywa się radca Pitr i jest wujem mojej żony. Otóż pan Pitr powiada, że jeśli to rabunek, to zrobił to jakiś fachowiec; a jeśli to morderstwo, to najpewniej ktoś z rodziny. On ma takie ustalone poglądy, ten pan Pitr; twierdzi na przykład, że człowiek rzadko zabija obcego, bo to nie jest takie łatwe; raczej między znajomymi znajdzie się sposobność, a w domu to już wszystko jest jak na dłoni.
Kiedy dostaje jakąś sprawę o zabójstwo, stara się dociec, kto mógł to zrobić z najmniejszym trudem – i za tym idzie. – Wiesz, Menšíku – mówi – ja nie mam ani odrobiny fantazji czy sprytu; każdy u nas potwierdzi, że jestem największym tumanem w dyrekcji. Wiesz, ja jestem tak samo prymitywny jak ten morderca; a to, co przychodzi mi do głowy, jest równie pospolite, zwyczajne i głupie jak jego motywy, plan i czyn; i powiem ci, że właśnie dzięki temu najczęściej na to trafiam.
– Nie wiem, czy ktoś z was pamięta zabójstwo tego cudzoziemskiego barona Gandary. To był taki tajemniczy awanturnik, włosy miał jak kruk i był piękny jak Lucyfer; mieszkał w jednej z tych willi przy Grébovce, a co się tam z czasem działo, tego nawet opowiadać nie wypada. Otóż pewnego ranka słychać było przy tej willi dwa strzały z rewolweru, zrobił się alarm, a potem znaleziono barona zastrzelonego w ogrodzie. Zniknął jego portfel, ale poza tym nie było żadnego porządnego śladu; słowem – zagadkowa sprawa najwyższej klasy.
Śledztwo w tej sprawie dostał mój wuj Pitr, bo akurat nie miał nic innego; ale jego szef powiedział mu wcześniej tak mimochodem: „Panie kolego, ten przypadek co prawda nie leży w pańskim zwykłym stylu, ale proszę pokazać, że jeszcze nie dojrzał pan do emerytury”. Wuj Pitr więc mruknął, że postara się, i udał się na miejsce zbrodni. Oczywiście nic nie znalazł, nakrzyczał na detektywów i wrócił do biurka, żeby zapalić swoją cygaretę. Kto by go zobaczył w tym śmierdzącym dymie, pomyślałby, że pan Pitr rozmyśla nad swoją sprawą – ale to byłaby pomyłka; wuj Pitr nie rozmyślał, bo zasadniczo odrzucał myślenie. „Morderca też nie myśli – mówił – albo coś mu przyjdzie do głowy, albo nie”.
Pozostałym w dyrekcji było wuja Pitera żal; „To nie sprawa dla niego – mówili – szkoda takiego pięknego materiału dla Pitera; Pitr jest od starych bab, które zabił ich siostrzeniec albo kochanek ich służącej”. Więc jeden kolega, komisarz Mejzlík, zaszedł niby przypadkiem do wuja Pitera, usiadł na biurku i powiedział:
– No i co, panie radco, co nowego w sprawie Gandary?
– Może miał jakiegoś siostrzeńca – odparł wuj Pitr.
– Panie radco – powiedział doktor Mejzlík, chcąc mu pomóc – to chyba będzie trochę inny przypadek. Powiem panu: baron Gandara był wielkim międzynarodowym szpiegiem; kto wie, o jakie tu dziwne sprawy chodzi – mnie nie daje spokoju, że zniknął jego portfel. Na pańskim miejscu postarałbym się dowiedzieć…
Wuj Pitr potrząsnął głową.
– Panie kolego – rzekł – każdy z nas ma swoje metody; najpierw trzeba zbadać, czy nie ma jakichś krewnych, którzy mogliby po nim dziedziczyć.
– Po drugie – ciągnął doktor Mejzlík – wiemy, że baron Gandara był zapalonym hazardzistą; pan nie bywa w towarzystwie, panie radco, pan tylko gra u Menšíków w domino i nie ma takich znajomości; jeśli pan chce, mogę się dowiedzieć, kto z nim grał w ostatnich dniach – wie pan, mogłoby tu chodzić o tak zwany dług honorowy…
Wuj Pitr posmutniał.
– Posłuchajcie – powiedział – to nie jest dla mnie; nigdy nie pracowałem w tych wyższych sferach i na stare lata nie będę już zaczynał. Dajcie mi spokój z długiem honorowym, takiej sprawy jeszcze nie miałem. Jeśli to nie jest morderstwo rodzinne, to będzie rabunkowe; a wtedy musiał to zrobić ktoś z domowników. Tak to zwykle bywa. Może kucharka ma jakiegoś siostrzeńca.
– Albo szofer Gandary – wtrącił Mejzlík, żeby wuja podrażnić.
Wuj Pitr pokręcił głową.
– Szoferów – powiedział – za moich czasów jeszcze nie było; nie pamiętam, żeby szofer popełnił rabunkowe morderstwo. Szoferzy piją i kradną benzynę; ale żeby mordowali – z tym się jeszcze nie spotkałem. Młodzieńcze Mejzlík, ja trzymam się swoich doświadczeń. Kiedy będzie pan tak stary jak ja…
Doktor Mejzlík był jak na rozżarzonych węglach.
– Panie radco – powiedział pośpiesznie – jest jeszcze trzecia możliwość. Baron Gandara miał romans z pewną mężatką; proszę pana, najpiękniejszą kobietą w Pradze. Może to morderstwo z zazdrości.
– To się zdarza – zgodził się wuj Pitr. – Taką zbrodnię robiłem już pięć razy. A kim jest mąż tej pani?
– Hurtownikiem – odparł pan Mejzlík. – Bardzo wielka firma.
Wuj Pitr zamyślił się.
– To też do niczego nie prowadzi – powiedział. – Nie miałem jeszcze sprawy, żeby hurtownik kogoś zastrzelił. Oszustwa – to oni robią; ale morderstwa z zazdrości zdarzają się w innych warstwach. Nie, panie kolego!
– Panie radco – ciągnął doktor Mejzlík – wie pan, z czego żył baron Gandara? Z szantażu. On wiedział straszne rzeczy o… no, o całym szeregu bardzo bogatych ludzi. To daje do myślenia, kto mógłby mieć interes w… hm… w jego usunięciu.
– No widzi pan – odparł wuj Pitr – taką sprawę miałem już raz, ale nie mogliśmy nic udowodnić; skończyło się tylko wielką kompromitacją. Co tam, nie będę sobie drugi raz parzył palców takimi rzeczami. Mnie wystarczy zwyczajna rabunkowa zbrodnia; nie lubię tych sensacji i tajemniczych afer. Kiedy byłem w pana wieku, też myślałem, że kiedyś poprowadzę jakąś sławną sprawę kryminalną; taka ambicja. Ech, z latami człowiekowi to przechodzi; potem widzi, że zdarzają się tylko zwyczajne przypadki…
– Baron Gandara nie był zwyczajnym przypadkiem – zaprotestował komisarz Mejzlík. – Panie, ja go znałem: hochsztapler, czarny jak Cygan – najpiękniejszy łotr, jakiego kiedykolwiek widziałem. Tajemniczy człowiek. Demon. Fałszywy gracz. Fałszywy baron. Posłuchajcie, taki człowiek nie umiera w zwyczajny sposób; nawet nie od zwyczajnego morderstwa. Tu chodzi o coś więcej. O bardzo tajemnicze sprawy.
– To niech mi tego nie dają – mruknął z niesmakiem wuj Pitr. – Ja nie mam głowy do tajemniczych spraw. Pluję na tajemnicze sprawy. Lubię zwykłe, jasne mordy, takie jak zabójstwo trafikarki. Człowieku, nie będę się już uczył jakichś nowych metod. Skoro dali to mnie, zrobię to po swojemu i wyjdzie z tego zwyczajna rabunkowa zbrodnia. Gdyby dali to panu, byłaby z tego sensacja kryminalna, romans miłosny albo zbrodnia polityczna… Ma pan romantyczny gust, Mejzlíku; zrobiłby pan z tego świetną sprawę. Szkoda, że nie dali jej panu.
– Posłuchajcie – wyrwało się doktorowi Mejzlíkowi – nie miałby pan nic przeciwko temu, gdybym… zupełnie prywatnie… zajął się tą sprawą? Wie pan, mam tyle znajomych, którzy różne rzeczy o tym Gandarze wiedzą… Oczywiście wszystkie informacje oddałbym do pańskiej dyspozycji – dodał pospiesznie Mejzlík. – Sprawa pozostałaby pańska – więc jak?
Wuj Pitr prychnął zniecierpliwiony.
– Dziękuję uprzejmie – powiedział – ale to nie wchodzi w grę. Panie kolego, ma pan inny styl niż ja; wyszłoby z tego coś zupełnie innego niż u mnie. Tego nie da się mieszać. Co ja bym zrobił z pańskimi szpiegami, hazardzistami, paniusiami i całą tą honoracją? Przyjacielu, to nie dla mnie. Jeśli mam to opracować ja, wyjdzie z tego mój zwyczajny i brudny przypadek… Każdy robi to, co potrafi.
W tej chwili zapukał i wszedł jeden z detektywów.
– Panie radco – zameldował – ustaliliśmy, że dozorca z willi Gandary ma siostrzeńca. To dwudziestoletni chłopak, bez pracy, mieszka w Vršovicach pod numerem 1451. Często bywał u tego dozorcy. A służąca stamtąd ma narzeczonego, żołnierza; ale ten jest teraz na manewrach.
– No to dobrze – powiedział wuj Pitr. – Idźcie sprawdzić tego synowca dozorcy, zróbcie u niego rewizję domową i przyprowadźcie go tutaj.
Po dwóch godzinach wuj Pitr miał już w rękach torbę Gandary, którą znaleziono w łóżku tego młodzieńca; w nocy chłopaka złapano gdzieś na pijatyce, a rano przyznał się, że zastrzelił Gandarę, żeby zrabować mu portfel; było w nim ponad pięćdziesiąt tysięcy koron.
– Widzisz, Menšíku – powiedział mi potem wuj Pitr – to zupełnie taki sam przypadek jak z tą starą babą z ulicy Křemencovej; ją też zabił synowiec dozorcy. Ale do diabła, chłopcze, kiedy pomyślę, że tę sprawę mógłby dostać Mejzlík – co on by z takiego materiału zrobił! Tylko że ja nie mam do tego tej fantazji, o to właśnie chodzi.
