Karel Čapek, Sąd pana Havleny

Kryminalno-filozoficzne opowiadanie ze zbioru „Opowieści z drugiej kieszeni”.

– Skoro już pan redaktor zaczął o gazetach – powiedział pan Beran – to ja wam coś powiem: najwięcej czytelników szuka w gazetach właśnie sali sądowej. Nikt nie wie, czy czytają ją tak pilnie z ukrytej skłonności do zbrodni, czy raczej dla swojego moralnego i prawnego zaspokojenia; pewne jest tylko, że czytają ją namiętnie. Dlatego jakiś proces musi się w gazetach pojawiać codziennie. A teraz wyobraźcie sobie, że są na przykład wakacje sądowe; sądy zamknięte, ale rubryki „Z sali sądowej” w gazetach zabraknąć nie może. Albo często w żadnym sądzie nie ma ani jednej ciekawej sprawy; a referent sądowy musi mieć ciekawą sprawę – skąd ją wziąć, to już jego rzecz. W takich wypadkach referenci sądowi muszą więc jakiś interesujący proces karny po prostu wyssać z palca. Na takie zmyślone sprawy mają między sobą coś w rodzaju giełdy: kupują je, sprzedają, pożyczają i wymieniają za dwadzieścia papierosów czy coś w tym rodzaju. Wiem o tym, bo u mojej gospodyni mieszkał jeden taki referent sądowy; spryciarz z niego był i leń także, ale poza tym był to zdolny i źle opłacany młodzieniec.

Opowiadanie pochodzi ze zbioru Opowieści z drugiej kieszeni:

Karel Capek, Opowieści z drugiej kieszeni
Karel Capek, Opowieści z drugiej kieszeni


Otóż pewnego czasu pojawił się w kawiarni, do której ci referenci zwykle chodzili, taki dziwny, zniszczony, brudny i opuchnięty człowieczek; nazywał się Havlena, był niedokończonym studentem prawa i zupełnie straconą egzystencją; nikt, a nawet on sam, nie wiedział, z czego właściwie żyje. Ten Havlena, ten obibok, miał jakiś szczególny talent przestępczy albo prawniczy; kiedy któryś z dziennikarzy postawił mu cygarko i piwo, zamykał oczy, kilka razy zaciągał się dymem i zaczynał opowiadać najpiękniejszą i najdziwniejszą sprawę kryminalną, jaką kto mógł sobie wymyślić; potem przedstawiał główne punkty obrony i odpowiednią replikę prokuratora, po czym w imieniu republiki ogłaszał wyrok. Następnie otwierał oczy, jakby się budził ze snu, i mruczał: – Pożyczcie mi pięć koron. Raz zrobili z nim taki eksperyment: podczas jednego posiedzenia wymyślił dwadzieścia jeden spraw karnych, jedną lepszą od drugiej; dopiero przy dwudziestej pierwszej się zawahał i powiedział: – Chwileczkę, ta sprawa nie jest ani dla sędziego jednoosobowego, ani dla składu orzekającego, to by musiało trafić przed ławę przysięgłych; a przysięgłych ja nie robię. Był bowiem zasadniczo przeciwny ławom przysięgłych. Ale trzeba mu przyznać, jego wyroki były wprawdzie surowe, lecz pod względem prawniczym wzorowe; na tym szczególnie mu zależało.
Kiedy dziennikarze odkryli tego Havlenę i zobaczyli, że sprawy, które dostarcza, nie są tak pospolite i przygnębiające jak te, które naprawdę rozgrywają się na Karláku, zawarli coś w rodzaju kartelu; Havlena dostawał za każdą wymyśloną sprawę tak zwaną taksę sądową, to znaczy dziesięć koron i cygarko, a ponadto za każdy miesiąc kary, którą orzekł – dwie korony; wiadomo, im wyższa kara, tym poważniejsza sprawa. Nigdy czytelnicy gazet nie zaczytywali się tak w rubryce sądowej, jak wtedy, gdy Havlena dostarczał tam swoje fikcyjne procesy. Gdzie tam – dziś te gazety już dawno nie są tak dobre jak za jego czasów; teraz sama polityka i same procesy prasowe – nie wiem, kto ma to czytać.
Otóż pewnego razu ten Havlena wymyślił sobie taką sprawę – miewał o wiele lepsze, ale z żadnej nigdy nic nie wynikło; dopiero wtedy sprawa się wydała. Przypadek był w największym skrócie taki: jakiś stary kawaler pokłócił się z poczciwą wdową, która mieszkała na przeciwległej galerii; po czym sprawił sobie papugę i nauczył ją, aby ilekroć owa sąsiadka pokaże się na galerii, wrzeszczała na nią na całe gardło: „Ty flądro!” Wdowa wniosła przeciw owemu panu prywatny akt oskarżenia o zniesławienie. Sąd okręgowy uznał, że pozwany poprzez swoją papugę wystawiał prywatną powódkę na publiczne pośmiewisko, i skazał go w imieniu republiki na czternaście dni więzienia w zawieszeniu oraz na pokrycie kosztów. – Dostanę jedenaście koron i cygarko – zakończył Havlena rozprawę.
Ta sprawa Havleny ukazała się w jakichś sześciu gazetach, rzecz jasna w różnym literackim opracowaniu. W jednych nosiła tytuł: W cichym domu. W innych: Pan domu i biedna wdowa. Trzeci dziennik nazwał ją: Oskarżona papuga. I tak dalej.
Ale nagle do wszystkich tych gazet nadszedł okólnik z ministerstwa sprawiedliwości: że podpisane ministerstwo prosi o podanie, przed którym sądem okręgowym odbył się ów proces o zniesławienie, opisany w tym a tym numerze waszego szanownego pisma; że wskazane orzeczenie o winie pozwanego, jak i sam wyrok są nieważne i niezgodne z prawem, gdyż inkryminowanej wypowiedzi nie dopuścił się pozwany, lecz papuga; że nie można uznać za dowiedzione, iż wypowiedź rzeczonej papugi niewątpliwie odnosiła się do prywatnej powódki; że zatem nie można uznać jej za zniesławienie, lecz co najwyżej za grubą niestosowność albo publiczne zgorszenie, które można by ścigać jedynie policyjnym upomnieniem, karą porządkową albo nakazem usunięcia rzeczonego ptaka. Ministerstwo sprawiedliwości pragnie zatem ustalić, który sąd okręgowy zajmował się ową sprawą, aby wszcząć odpowiednie dochodzenie i tak dalej; słowem, taka urzędowa afera.
– Jezus Maria, panie Havleno, coś pan nam narobił! – rzucili się potem referenci sądowi na swojego dostawcę. – Proszę spojrzeć, przecież pański wyrok w sprawie tej papugi jest nieważny i niezgodny z prawem!
Havlena zbladł jak ściana.
– Co? – krzyknął. – Mój wyrok ma być niezgodny z prawem? Do licha, ministerstwo śmie coś takiego twierdzić? Mnie, Havlenie? – Podobno dziennikarze nigdy w życiu nie widzieli tak obrażonego i oburzonego człowieka. – Ja im pokażę! – wrzeszczał Havlena, tracąc panowanie nad sobą. – Ja im udowodnię, czy mój wyrok jest niezgodny z prawem, czy nie! Tego ja tak nie zostawię! – Z żalu i wzburzenia upił się na miejscu do nieprzytomności; po czym wziął arkusz papieru i napisał do ministerstwa sprawiedliwości obszerną prawniczą rozprawę, w której bronił owego wyroku: że skoro ów pan nauczył swoją papugę obrzucać sąsiadkę obelgami, dał tym wyraźny dowód zamiaru jej znieważenia i poniżenia; że zatem mamy tu oczywisty dolus; że papuga nie jest podmiotem, lecz jedynie narzędziem wspomnianego deliktu i tak dalej; krótko mówiąc, podobno był to najświetniejszy i najsubtelniejszy wywód prawniczy, jaki kiedykolwiek widzieli owi dziennikarze. Na koniec podpisał się: JUC. Václav Havlena m. p. i wysłał to ministerstwu sprawiedliwości.
– Tak – powiedział – i dopóki to nie zostanie rozstrzygnięte, nie będę sądził; najpierw muszę dostać satysfakcję.
To się rozumie, ministerstwo sprawiedliwości w żaden sposób nie zareagowało na pismo Havleny; tymczasem Havlena chodził zatruty i rozgoryczony, jeszcze bardziej podupadł na zdrowiu, a nawet schudł. Kiedy zobaczył, że odpowiedzi z ministerstwa się nie doczeka, posmutniał, milcząco spluwał albo wygłaszał oburzające tyrady, aż w końcu oświadczył:
– Poczekajcie, ja im jeszcze pokażę, kto ma rację!
Przez dwa miesiące nikt go nie widział; potem pojawił się promieniejący i rozradowany i ogłosił:
– No, już na mnie wniesiono skargę! Uff, przeklęta baba, ileż to było roboty, zanim ją do tego namówiłem! Człowiek by nie uwierzył, że stara kobieta może być tak pokojowo usposobiona; musiałem jej podpisać papiery, że w każdym razie pokryję koszty: – Tak, chłopcy, teraz to się rozstrzygnie sądownie.
– Co mianowicie? – pytali dziennikarze.
– A jakże, ta sprawa z papugą – odparł Havlena. – Przecież mówiłem wam, że tego tak nie zostawię. Wiecie, kupiłem sobie papugę, żeby nauczyć ją mówić: „Ty flądro! Ty stara jędzo!” Ludzie, ile to było roboty! Sześć tygodni nie ruszyłem się z domu i nie powiedziałem ani nie usłyszałem ludzkiego słowa poza „Ty flądro!” Teraz ta papuga wymawia to całkiem ładnie; tylko że, baran jeden, wrzeszczy to od rana do wieczora; nie może się przyzwyczaić, żeby krzyczeć tylko na moją sąsiadkę przez podwórko. Ona to taka babinka, nauczycielka muzyki, z lepszej rodziny, bardzo dobra osoba; ale ponieważ w naszym domu nie ma innej kobiety, musiałem ją wybrać na tę zniewagę. Posłuchajcie, taki delikt łatwo wymyślić, ale go wykonać, do diabła, to już co innego. Nie mogłem tego łobuza, papugi, nauczyć, żeby lżyła tylko ją. Lży po prostu każdego. Myślę, że robi to ze złośliwości.
Potem Havlena napił się głęboko i ciągnął dalej:
– W końcu wpadłem na inny sposób; ilekroć ta stara pani pokazała się w oknie albo na podwórzu, natychmiast otwierałem okno, żeby niby ta papuga krzyczała na nią: „Ty flądro! Ty stara jędzo!” – A co byście powiedzieli: ta babinka zaczęła się śmiać i woła do mnie: „Ach, panie Havlena, jaki pan ma miły ptaszek!” Do licha z babą – mruczał pan Havlena. – Musiałem jej przez czternaście dni wiercić dziurę w brzuchu, żeby wniosła na mnie skargę; ale świadków mam z całego domu. No, teraz to się rozstrzygnie sądownie – zacierał ręce Havlena. – To by w tym musiał diabeł siedzieć, żebym nie został skazany za zniesławienie! Nie daruję tego tym waszym wielmożom z ministerstwa!
Aż do dnia rozprawy pan Havlena pił jak smok, drżący i niecierpliwy. Przed sądem zachowywał się nadzwyczaj godnie; wygłosił przeciw samemu sobie ostrą prawniczą mowę, powoływał wszystkich mieszkańców domu na świadków, że zniewaga była gorsząca i publiczna, i domagał się najsurowszej kary. Sędzia, taki rozsądny stary radca, podrapał się w brodę i oświadczył, że chciałby tę papugę usłyszeć, po czym odroczył rozprawę z poleceniem, aby pozwany przyniósł następnym razem rzeczonego ptaka jako dowód rzeczowy, ewentualnie jako świadka.
Na następną rozprawę pan Havlena przyszedł z klatką i papugą. Papuga wytrzeszczyła oczy na przerażoną pannę protokolantkę i zaczęła na całe gardło wrzeszczeć:
– Ty flądro! Ty stara jędzo!
– To wystarczy – powiedział pan radca. – Z zeznań papugi Lory jasno wynika, że jej wypowiedź nie odnosiła się w sposób bezpośredni i niewątpliwy do prywatnej powódki.
Papuga spojrzała na niego i wrzasnęła:
– Ty flądro!
– Przeciwnie – ciągnął sędzia – widać wyraźnie, że używa tego zwrotu wobec wszystkich osób bez różnicy płci. Brakuje tu zamiaru znieważenia, panie Havleno.
Havlena zerwał się jak ukłuty. – Panie radco – protestował wzburzony – ten obraźliwy dolus polegał na tym, że otwierałem okno na panią prywatną powódkę w tym właśnie celu, aby papuga ją lżyła!
– To trudna sprawa – odparł pan radca. – W tym otwieraniu okna może jest jakiś dolus, ale samo w sobie nie jest to czyn znieważający. Nie mogę pana skazać za to, że od czasu do czasu otwierał pan okno. Nie jest pan w stanie dowieść, że pańska papuga miała na myśli prywatną powódkę, panie Havleno.
– Ale ja miałem ją na myśli – bronił się Havlena.
– Na to nie mamy żadnych świadectw – zauważył sędzia. – Nikt nie słyszał z pana ust inkryminowanej wypowiedzi. Nic nie poradzę, panie Havleno, muszę pana uniewinnić. – Po czym włożył biret i ogłosił wyrok uniewinniający.
– Wnoszę skargę kasacyjną i apelację od wyroku uniewinniającego! – wybuchł Havlena, chwycił klatkę z ptakiem i popędził z sądu, tak rozjuszony, że o mało się nie rozpłakał.
Potem widywano go tu i ówdzie, pijanego i zrozpaczonego.
– Proszę pana – szlochał – czy to jest jakaś sprawiedliwość? Czy istnieje jeszcze na świecie jakieś prawo? Ale ja tego tak nie zostawię! Doprowadzę to do najwyższej instancji! Proszę pana, muszę uzyskać rehabilitację za tę krzywdę! Choćbym miał się procesować do końca życia… Ja nie walczę o swoją sprawę, lecz o sprawiedliwość!
Jak to wyglądało w instancji odwoławczej, nie jest mi bliżej wiadomo; wiem tylko, że właściwy sąd po prostu oddalił apelację pana Havleny od wyroku uniewinniającego. Od tej pory Havlena zniknął, jakby zapadł się pod ziemię; podobno niektórzy widywali go, jak błąka się po ulicach niczym cień i coś do siebie mruczy; słyszałem też, że do dziś kilka razy do roku wpływa do ministerstwa sprawiedliwości obszerna i płomienna skarga in re: zniewaga popełniona przez papugę.
Ale spraw dla referentów sądowych pan Havlena już na dobre przestał dostarczać; najpewniej dlatego, że zachwiała się jego wiara w sprawiedliwość i porządek prawny.

Tłumaczenie: Piotr Simek