Karel Čapek, Opowieść o zgubionej nodze
– W to by niejeden nawet nie uwierzył – powiedział na to pan Tymich – co człowiek czasem potrafi wytrzymać. Poczekajcie, to było jeszcze na wojnie, kiedy służyłem u trzydziestych piątych; mieliśmy tam jednego żołnierzyka, jakże on się nazywał, jakoś Dynda albo Otáhal, albo Peterka, ale myśmy mu mówili Pepku; skądinąd bardzo dobry człowiek, tylko taki niezdara, że aż by się chciało nad nim płakać. No, dopóki ganiali nas po placu ćwiczeń, robił, co mógł, i znosił wszystko jak baranek; ale kiedy zawieźli nas na front, to było wtedy pod Krakowem, wybrali dla nas jakieś niefortunne miejsce, w które akurat trafiała rosyjska artyleria. Pepek nic, tylko mrugał; ale kiedy podszedł do jednego konia z rozerwanym brzuchem, a ten koń jeszcze parskał i próbował wstać, wtedy wam ten Pepek zbladł, cisnął czapką o ziemię, dopuścił się obrazy Majestatu, położył na ziemi karabin i tornister i ruszył z powrotem.
Opowiadanie pochodzi ze zbioru Opowieści z drugiej kieszeni:
Jak on dotarł do domu te pięćset czy ileś kilometrów, tego doprawdy nie umiem sobie wyobrazić; ale pewnej nocy zapukał do swojej chałupy i mówi do żony: matko, to ja, ja już tam z powrotem nie pójdę; ale jeśli mnie tu znajdą, to ze mną amen; jestem dezerterem. Kiedy tak sobie razem popłakali, mówi żona: Pepku, ja cię nie wydam, ja cię schowam w gnoju, tam nikt cię szukać nie będzie. I zakopała go w gnojowisku, przykryła deskami, a w tej gnojowej jamie siedział Pepek pięć miesięcy; panowie, tego by nie wytrzymał nawet żaden męczennik za wiarę. Potem doniosła o tym ich sąsiadka przez jakąś kurę, i przyszli żandarmi wyciągnąć Pepka z gnoju; posłuchajcie, musieli dokupić dziesięć metrów powroza, żeby nie musieć go wąchać, kiedy prowadzili go związanego do miasta.
Kiedy więc ten Pepek trochę się przewietrzył, postawili go przed sądem wojskowym. Wtedy audytorem był jakiś Dillinger; jedni mówią, że był psem, a inni, że był przystojniakiem; ale jak on potrafił kląć – posłuchajcie, to trzeba przyznać: za Austrii umiano kląć! W tym było widać starą tradycję. Dzisiaj nikt nie umie porządnie naubliżać; obrażać – to potrafią. No więc ten audytor Dillinger kazał postawić Pepka na dziedzińcu i sądził go z okna; bliżej do siebie nie chciał go dopuścić. Wiecie, z Pepkiem sprawa wyglądała kiepsko; dezercja na wojnie – za to jest śmierć przez rozstrzelanie i nawet Pan Bóg ci nie pomoże; a ten Dillinger nie robił z nikim wielkich ceregieli – w końcu był psem. Ale kiedy już zapowiadało się na wyrok, krzyczy ten Dillinger z okna:
– A co, Pepku, kiedyś tam był zakopany – nie chodziłeś czasem nocą do swojej starej się przespać?
Pepek zakłopotany przestępował z nogi na nogę, a potem, cały czerwony, wyrzucił z siebie:
– Posłusznie melduję, panie audytorze, czasem tak; inaczej się nie da.
Wtedy audytor zamknął okno i powiedział:
– Jezus Maria!
Potem przez chwilę kręcił głową i chodził po pokoju, a kiedy się uspokoił, rzekł:
– Niech mnie dadzą na emeryturę, ale ja tego człowieka na śmierć nie skażę; choćby już ze względu na tę kobietę; fuj, łajdactwo, to dopiero jest małżeńska miłość!
I jakoś utargował karę na trzy lata twierdzy.
W tej twierdzy Pepek jako skazaniec dostał pod opiekę ogród komendanta; był nim jakiś pułkownik Babka. A ten Babka potem mówił, że w życiu nie miał tak pięknych i wielkich warzyw, jak wtedy, gdy uprawiał je Pepek.
– Sam diabeł wie – mówił komendant – od czego mu to tak rośnie.
– Na wojnie – powiedział pan Král – zdarzały się różne osobliwe przypadki; a gdyby zebrać wszystko, co ludzie robili, żeby nie musieć walczyć za Austrię, wyszłoby z tego więcej foliałów niż z tej „Acta sanctorum”, którą wydają ojcowie bolandyści. Mam bratanka, nazywa się Lojzík, ma tam w Radlicach piekarnię; a kiedy go na wojnie wcielili, powiedział mi: wujku, powiadam wam, na front mnie nie dostaną, prędzej sobie nogę odetnę, niż pójdę im pomagać, tym niemieckim szczurom.
Ten Lojzík był sprytny chłopak; dopóki szkolono nowicjuszy w chwytach z karabinem, harował z taką gorliwością, że przełożeni widzieli w nim przyszłego bohatera, a może nawet przyszłego kaprala; ale kiedy zwęszył, że za kilka dni wywiozą ich na front, dostał gorączki, chwytał się za prawą stronę brzucha i żałośnie jęczał. Zabrali go więc do szpitala i wycięli mu ślepe jelito; Lojzík już tak sobie to urządził, żeby rana goiła się powoli. Ale po jakichś sześciu tygodniach jakoś się zrosła, choć robił, co mógł, a wojna wciąż jeszcze trwała. Wtedy odwiedziłem go w szpitalu.
– Wujku – mówi Lojzík – teraz już mi nie pomoże nawet pan feldfebel; co chwila czekam, że mnie stąd wypiszą.
Wtedy u nas naczelnym lekarzem sztabowym był ten sławny Oberhuber. Później się okazało, że ten człowiek był właściwie zupełnym wariatem, ale wiecie, wojna to wojna – choćbyście dzikiej świni dali złoty kołnierz, będzie komendantem. Rozumie się, przed tym Oberhuberem wszystko drżało; on tylko biegał po szpitalach i darł się na każdego: Marsz na front! – choćbyś miał otwartą gruźlicę albo postrzał rdzenia kręgowego; i nikt nie śmiał mu się sprzeciwić. Nawet nie spojrzał, co chory ma napisane na tabliczce nad łóżkiem, tylko z daleka zerknął i już wrzeszczał:
– Zdolny do służby frontowej! Natychmiast zameldować się w jednostce!
A potem już wszyscy święci nie mogli ci pomóc.
No więc ten Oberhuber przyszedł przeprowadzić inspekcję w szpitalu, w którym Lojzík czekał na swój los. Ledwie było słychać dudnienie już na dole przy bramie, wszyscy chorzy – prócz nieboszczyków – musieli stanąć na baczność obok swoich łóżek, żeby jak należy przyjąć wysokiego pana. Czekanie trochę się przeciągało, więc Lojzík dla wygody podkurczył jedną nogę, oparł kolano o pryczę i stał na drugiej. W tej chwili wpadł tam Oberhuber, fioletowy ze złości, i już od drzwi wrzeszczał:
– Marsz na front! Ten człowiek ma iść do wojska! Zdolny!
Potem spojrzał na Lojzíka stojącego na jednej nodze i zrobił się jeszcze bardziej czerwony.
– Jednonogi! – ryknął. – Natychmiast odesłać do domu! Do diabła, dlaczego trzymacie tu jednonogiego chłopa? Czy to tu chlew dla kalek? Precz z nim! Łajdacy, za to was wszystkich poślę na front!
Oficerowie, zsiniali ze strachu, jąkali się, że to zostanie natychmiast załatwione; ale Oberhuber już darł się przy następnym łóżku, że żołnierz operowany wczoraj musi natychmiast na front.
Tegoż dnia Lojzík został więc z własnoręcznym podpisem Oberhubera wypisany ze szpitala do domu jako jednonogi inwalida. A Lojzík był bardzo rozsądnym chłopakiem; zaraz złożył podanie, by jako trwały kaleka został skreślony z listy mężczyzn zobowiązanych do służby wojskowej i by przyznano mu rentę inwalidzką, bo jako piekarz potrzebuje obu nóg – choćby, jak się o piekarzach mówi, krzywych – tak że z jedną urzędowo potwierdzoną nogą nie może wykonywać swego zawodu. Po odpowiednio długiej urzędowej zwłoce dostał decyzję, że przyznaje mu się czterdziestopięcioprocentową niezdolność do pracy, wskutek czego należy mu się taka a taka suma koron renty miesięcznej. No dobrze – właściwie dopiero tu zaczyna się ta historia o zgubionej nodze.
Od tej pory Lojzík pobierał rentę inwalidzką, pomagał ojcu w piekarni, a nawet się ożenił; tylko czasem zauważał, że na tę nogę, której Oberhuber mu odmówił, jakby trochę kulał albo ją nadwyrężał; ale i z tego się cieszył, bo przynajmniej wyglądało to tak, jakby miał protezę. Potem wojna się skończyła i przyszła republika; ale Lojzík z takiej swojej rzetelności i sumienności nadal brał tę rentę.
Pewnego razu przyszedł do mnie i było widać, że ma jakieś zmartwienia.
– Wujku – wyrzucił po chwili – wydaje mi się, że ta noga jakoś mi się skraca albo usycha.
I zaraz podwinął nogawkę i pokazywał mi tę nogę; była cienka jak kijek.
– Boję się, wujku – mówi Lojzík – że jednak tę nogę stracę.
– Idź z tym do lekarza, ty trąbo – radzę mu.
– Wujku – westchnął Lojzík – myślę, że to nie choroba; to chyba dlatego, że tej nogi nie powinienem mieć. Przecież mam czarno na białym, że mam prawą nogę aż po kolano uciętą – nie sądzicie, że od tego ona tak usycha?
Po jakimś czasie przyszedł znowu – już musiał podpierać się laską.
– Wujku – powiedział z niepokojem – jestem kaleką; na tę nogę nie mogę się już w ogóle oprzeć. Lekarz mówi, że to zanik mięśni i że to pewnie od nerwów. Wysyła mnie z tym do uzdrowiska, ale wydaje mi się, że sam w to nie wierzy. Wujku, dotknijcie, jaka ta noga zimna, jakby martwa. On mówi, że to złe krążenie krwi – nie sądzicie, że ta noga mi zgnije?
– No posłuchaj, Lojzo – powiedziałem mu – dam ci tylko jedną radę: zgłoś tę nogę urzędowo i poproś, żeby skreślili, że jesteś jednonogi. Myślę, że wtedy ta noga ci się naprawi.
– Ale wujku – sprzeciwiał się Lojzík – wtedy oni powiedzą, że brałem tę rentę inwalidzką bezprawnie i że oszukałem skarb państwa na furę pieniędzy. Przecież będę musiał im te pieniądze oddać!
– To sobie zostaw te pieniądze, ty skąpy piekarzu – mówię mu – ale stracisz nogę; a potem nie przychodź do mnie płakać.
Po tygodniu był u mnie znowu.
– Wujku – mamrotał już we drzwiach – oni w urzędzie nie chcą mi uznać tej nogi; mówią, że i tak jest uschła i do niczego się nie nadaje – co mam z nimi zrobić?
Nie uwierzylibyście, ile to kosztowało biegania, zanim Lojzíkowi urzędowo przyznali, że ma obie nogi; ale oczywiście potem miał przez to kłopoty, bo oszukał skarb państwa na rencie inwalidzkiej, a nawet miał być sądzony za uchylanie się od obowiązku wojskowego; biedny Lojzík nabiegał się od urzędu do urzędu, ale noga zaczęła mu nabierać sił. Może wzmocniła się dlatego, że musiał tyle biegać; ale ja myślę, że raczej dlatego, że mu ją urzędowo uznano; taki urzędowy dekret ma przecież wielką moc. Albo też sądzę, że noga mu usychała dlatego, że właściwie miał ją bezprawnie; nie było z nią w porządku, a to się człowiekowi mści. Powiem wam: czyste sumienie to najlepsza higiena; a gdyby ludzie byli sprawiedliwi, może nawet nie musieliby umierać.
Tłumaczenie: Piotr Simek
