Karel Čapek, Zbiór znaczków

Dające do myślenia opowiadanie kryminalne ze zbioru „Opowieści z drugiej kieszeni”.

– To jest święta prawda – powiedział stary pan Karas. – Gdyby człowiek grzebał się w swojej przeszłości, znalazłby w niej dość materiału na całkiem inne życia. Kiedyś… czy to przez pomyłkę, czy z upodobania… wybiera tylko jedno z nich i przeżywa je aż do końca; ale najgorsze jest to, że te inne, te możliwe życia nie są tak całkiem martwe. A czasem zdarza się, że poczujesz w nich ból jak w odciętej nodze.
Kiedy byłem mniej więcej dziesięcioletnim chłopcem, zacząłem robić sobie zbiór znaczków; ojciec patrzył na to niechętnie, myślał, że przez to będę się źle uczył, ale miałem przyjaciela, Lojzíka Čepelkę, i razem oddawaliśmy się tej filatelistycznej pasji. Ten Lojzík był synem kataryniarza, taki rozczochrany i piegowaty chłopak, potargany jak wróbel, i kochałem go tak, jak tylko dzieci potrafią kochać przyjaciela. Posłuchajcie, jestem starym człowiekiem; miałem żonę i dzieci, ale powiem wam, że żadne ludzkie uczucie nie jest tak piękne jak przyjaźń. Ale człowiek jest do niej zdolny tylko wtedy, gdy jest młody; potem jakoś twardnieje i staje się samolubny. Taka przyjaźń tryska najczystszym zachwytem i podziwem, z nadmiaru życia, z obfitości i przesytu uczuć; masz ich tyle, że musisz je komuś ofiarować.
Mój ojciec był notariuszem, głową miejscowej elity, strasznie dostojnym i surowym panem; a ja przyjąłem do swojego serca Lojzíka, którego ojciec był pijanym kataryniarzem, a matka zharowaną praczka, i czciłem tego Lojzę i uwielbiałem, bo był zręczniejszy ode mnie, bo był taki samodzielny i odważny jak szczur i bo miał piegi na nosie, i bo rzucał kamieniami lewą ręką – ja już nawet nie wiem, co w nim tak kochałem; ale z pewnością była to największa miłość mojego życia.
Otóż ten Lojzík był moim powiernikiem, kiedy zacząłem robić zbiór znaczków. Ktoś tu powiedział, że tylko mężczyźni mają zamiłowanie do zbieractwa; to prawda; myślę, że to pozostałość albo instynkt z czasów, gdy każdy mężczyzna robił sobie zbiór głów swoich wrogów, zrabowanych broni, niedźwiedzich skór, jeleni poroży i w ogóle wszystkiego, co mógł zdobyć. Ale taki zbiór znaczków to nie jest tylko posiadanie – to wieczna przygoda; człowiek jakby z drżeniem dotyka kawałka tej dalekiej krainy, powiedzmy Bhutanu, Boliwii albo Przylądka Dobrej Nadziei; po prostu ma z tymi egzotycznymi krajami coś w rodzaju osobistego i poufnego kontaktu.
Otóż w zbieraniu znaczków jest taki motyw podróżowania i żeglowania, i w ogóle tej męskiej, światowej przygodowości. To jest jak w krucjatach.

Opowiadanie pochodzi ze zbioru Opowieści z drugiej kieszeni:

Karel Capek, Opowieści z drugiej kieszeni
Karel Capek, Opowieści z drugiej kieszeni


Jak już mówiłem, mój ojciec nie patrzył na to chętnie; ojcowie zwykle niechętnie widzą, gdy ich synowie robią coś innego niż oni sami; panowie, ja wobec swoich synów też byłem taki. W ogóle ojcostwo jest uczuciem jakby mieszanym; jest w nim wielka miłość, ale też jakaś stronniczość, nieufność, wrogość – czy jak to nazwać; im bardziej człowiek kocha swoje dzieci, tym więcej jest w nim także tego drugiego uczucia.
Otóż z moim zbiorem znaczków musiałem się chować na strychu, żeby ojciec mnie na tym nie przyłapał; na strychu była stara skrzynia, tak zwana mącznica, i w nią wślizgiwaliśmy się jak dwie myszy i pokazywaliśmy sobie znaczki: Patrz, to jest Holandia, to jest Egipt, to jest Sverige, czyli Szwecja. A to, że musieliśmy się z tymi skarbami tak ukrywać, miało w sobie coś aż grzesznie pięknego.
To, jak zdobywałem te znaczki, było osobną przygodą; chodziłem po znajomych i nieznajomych rodzinach i prosiłem, żeby pozwolili mi odklejać znaczki z ich starych listów. Tu i ówdzie mieli gdzieś na strychu albo w sekretarzyku pełne szuflady starych papierów; to były moje najszczęśliwsze godziny, kiedy siedząc na podłodze, przeglądałem te zakurzone stosy dokumentów i szukałem na nich jakiegoś znaczka, którego jeszcze nie miałem – ja, osioł, nie zbierałem duplikatów; a gdy zdarzyło się, że znalazłem starą Lombardię albo któryś z niemieckich państewek czy wolnych miast, czułem radość wręcz bolesną – bo każde ogromne szczęście tak słodko boli.
A tymczasem na zewnątrz czekał na mnie Lojzík, i kiedy wreszcie wychodziłem, szeptałem już w drzwiach: Lojzo, Lojzíku, był tam jeden Hanower! – Masz go? – Mam! – I już pędziliśmy z tą zdobyczą do domu, do naszej skrzyni.
U nas były fabryki tekstylne na różne tandety – na jutę, perkal, karton i bawełniane świństwo; ten badziew produkuje się u nas specjalnie dla kolorowych ras całego świata. Tam pozwolili mi szukać znaczków w koszach na papier; to było moje najbogatsze łowisko; można tam było znaleźć Syjam i Południową Afrykę, Chiny, Liberię, Afganistan, Borneo, Brazylię, Nową Zelandię, Indie, Kongo – nie wiem, czy same te nazwy brzmią dla was już tak tajemniczo i jakby tęsknie.
Boże, ta radość, ta straszliwa radość, kiedy znalazłem na przykład znaczek ze Straits Settlements – albo Koreę! Nepal! Nową Gwineę! Sierra Leone! Madagaskar! Posłuchajcie, to uniesienie może zrozumieć tylko myśliwy albo poszukiwacz skarbów, albo archeolog, który prowadzi takie wykopaliska. Szukać i znaleźć – to największe napięcie i zaspokojenie, jakie życie może człowiekowi dać. Każdy człowiek powinien czegoś szukać; jeśli nie znaczków, to prawdy albo złotej paproci, albo przynajmniej kamiennych grotów i urn.
Otóż to były najpiękniejsze lata mojego życia – ta przyjaźń z Lojzíkiem i zbieranie znaczków. Potem zachorowałem na szkarlatynę i Lojzíka do mnie nie wpuszczali, chociaż stał u nas na korytarzu i gwizdał, żebym go usłyszał. Raz mnie nie dopilnowali czy co; dość, że uciekłem z łóżka i hop na strych zobaczyć swoje znaczki. Byłem tak osłabiony, że ledwie zdołałem podnieść wieko tej skrzyni.
Ale skrzynia była pusta; pudełko ze znaczkami zniknęło.
Nie potrafię opisać panu tego bólu i grozy. Myślę, że stałem tam jak skamieniały i nie mogłem nawet zapłakać, tak ścisnęło mnie w gardle. Najstraszniejsze było przede wszystkim to, że moje znaczki, moja największa radość, zniknęły; ale jeszcze straszniejsze było to, że z pewnością ukradł mi je Lojzík, mój jedyny przyjaciel, kiedy chorowałem. To było przerażenie, rozczarowanie, rozpacz, żal – proszę posłuchać, to aż zdumiewające, co takie dziecko potrafi przeżyć. Jak wydostałem się z tego strychu, już nie wiem; potem znów leżałem w wysokiej gorączce, a w chwilach większej jasności rozpaczliwie rozmyślałem. Ojcu ani ciotce o tym nie powiedziałem – matki już nie miałem; wiedziałem, że w ogóle mnie nie rozumieją, i przez to jakoś się od nich oddaliłem; od tamtej pory nie miałem już z nimi żadnej bliższej dziecięcej więzi. Zdrada Lojzíka była dla mnie niemal śmiertelnym ciosem; było to moje pierwsze i największe rozczarowanie człowiekiem. Żebrak – mówiłem sobie – Lojzík jest żebrakiem, więc kradnie; to mam za to, że przyjaźniłem się z żebrakiem. I to mnie zatwardziło; od tej chwili zacząłem robić różnice między ludźmi – utraciłem stan społecznej niewinności; lecz wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak głęboko to mną wstrząsnęło i jak wiele się we mnie zawaliło.
Kiedy wychorowałem się z gorączki, wychorowałem się też z bólu po utracie kolekcji znaczków. Jeszcze tylko ukłuło mnie w sercu, gdy zobaczyłem, że Lojzík ma już nowych kolegów; ale kiedy przybiegł do mnie, trochę zmieszany po tak długim czasie, powiedziałem mu sucho i po dorosłemu: Idź sobie, nie rozmawiam z tobą. Lojzík poczerwieniał i po chwili powiedział: Jak chcesz. A od tej pory znienawidził mnie zawzięcie i po proletariacku.
To więc było wydarzenie, które wpłynęło na całe moje życie, na mój wybór drogi życiowej, jak powiedziałby tu pan Paulus. Można by rzec, mój świat został zbezczeszczony; utraciłem zaufanie do ludzi; nauczyłem się nienawidzić i gardzić. Już nigdy nie miałem przyjaciela; a gdy dorastałem, zacząłem się nawet szczycić tym, że jestem sam, że nikogo nie potrzebuję i nikomu nic nie daję. Potem stwierdzałem, że nikt mnie nie lubi; tłumaczyłem to sobie tak, że sam gardzę miłością i mam w pogardzie wszelką sentymentalność. I tak stałem się człowiekiem dumnym i ambitnym, dbającym o siebie, pedantycznym i w ogóle nienagannym; byłem zły i twardy dla podwładnych; ożeniłem się bez miłości, dzieci wychowywałem w karności i strachu, a swoją pilnością i sumiennością zdobyłem niemałe zasługi. Takie było moje życie, całe moje życie; nie patrzyłem na nic poza tym, co jest moim obowiązkiem. Aż gdy dokonam w Panu, napiszą o tym nawet w gazetach, jakim byłem zasłużonym pracownikiem i wzorowym charakterem. Ale gdyby ludzie wiedzieli, ile w tym było samotności, nieufności i zatwardziałości…
Przed trzema laty zmarła mi żona. Nie przyznałem się do tego ani przed sobą, ani przed innymi, ale było mi strasznie smutno; i z takiej tęsknoty wygrzebałem rozmaite rodzinne pamiątki, które zostały po ojcu i matce: fotografie, listy, moje stare szkolne zeszyty – aż mnie ściskało w gardle, gdy widziałem, jak starannie mój surowy ojciec je układał i przechowywał; myślę, że jednak mnie kochał. Była tego na strychu pełna szafa; a na dnie jednej szuflady znajdowało się pudełko, zapieczętowane pieczęciami mojego ojca; kiedy je otworzyłem, znalazłem w nim tę kolekcję znaczków, którą zbierałem przed pięćdziesięciu laty.
Nie będę niczego ukrywał; łzy popłynęły mi strumieniem, a to pudełko zaniosłem do pokoju jak skarb. Więc tak to wtedy było – zrozumiałem w jednej chwili; kiedy wówczas chorowałem, ktoś znalazł moją kolekcję, a ojciec ją skonfiskował, żebym przez nią nie zaniedbywał nauki! Nie powinien był tego robić; ale i w tym była jego surowa troska i miłość; nie wiem, lecz zrobiło mi się żal i jego, i siebie…
A potem przypomniałem sobie: więc Lojzík nie ukradł mi tych znaczków! Boże drogi, jak ja go skrzywdziłem! – Znów zobaczyłem przed sobą tego piegowatego, obdartego ulicznika – Bóg wie, co się z nim stało i czy jeszcze żyje! Było mi tak przykro i wstyd, gdy to wszystko sobie uświadamiałem. Przez to jedno niesłuszne podejrzenie straciłem jedynego przyjaciela; przez to straciłem dzieciństwo. Przez to zacząłem gardzić biedną hołotą; przez to zachowywałem się wyniośle; przez to już do nikogo się nie przywiązałem. Przez to przez całe życie nie mogłem patrzeć na znaczek pocztowy bez niechęci i odrazy. Przez to nigdy nie pisałem do narzeczonej ani do żony i maskowałem to tym, że jestem ponad uczuciowymi wylewami; a moja żona przez to cierpiała. Przez to byłem tak twardy i samotny. Przez to, tylko przez to zrobiłem taką karierę i tak wzorowo wypełniałem swoje obowiązki…
Zobaczyłem na nowo całe swoje życie; nagle wydało mi się puste i bezsensowne. Przecież mogłem żyć zupełnie inaczej – pomyślałem. Gdyby to się nie stało – było we mnie tyle zapału i przygody, miłości, rycerskości, fantazji i ufności, tyle rzeczy dziwnych i nieposkromionych – Boże, przecież mogłem być kimkolwiek innym, podróżnikiem albo aktorem, albo żołnierzem! Przecież mogłem kochać ludzi, pić z nimi, rozumieć ich, sam nie wiem, co jeszcze! Czułem się, jakby we mnie topniał jakiś lód. Przeglądałem znaczek po znaczku; były tam wszystkie: Lombardia, Kuba, Syjam, Hanower, Nikaragua, Filipiny – wszystkie te kraje, do których wtedy chciałem jechać, a których teraz już nie zobaczę. Na każdym z tych znaczków był kawałek czegoś, co mogło się wydarzyć, a się nie wydarzyło. Przesiedziałem nad nimi całą noc i osądzałem swoje życie. Widziałem, że było to jakieś obce, sztuczne i bezosobowe życie, i że moje prawdziwe życie w ogóle się nie dokonało.” – Pan Karas machnął ręką. – „Kiedy tak pomyślę, kim mogłem być – i jak skrzywdziłem tego Lojzíka…”
Pater Voves, słuchając tej mowy, bardzo się zasępił i wzruszył; najpewniej przypomniał sobie coś ze swojego własnego życia. „Panie Karasie – powiedział poruszony – nawet o tym nie myślcie; cóż to pomoże, teraz już nie da się tego naprawić, nie da się zacząć od nowa…”
– „Nie da się” – westchnął pan Karas i lekko się zarumienił. – „Ale wie ksiądz, przynajmniej – przynajmniej tę kolekcję zacząłem zbierać od nowa!”

Tłumaczenie: Piotr Simek