Recenzja: Karel Čapek, Opowieści z drugiej kieszeni

Większość ubrań ma dwie kieszenie, więc skoro była już recenzja „Opowieści z jednej kieszeni” to musi się pojawić także recenzja drugiego tomu.

Przy pierwszym tomie opowieści kryminalnych Karela Čapka pisałem, że nie są to klasyczne zagadki detektywistyczne, lecz krótkie, przewrotne studia ludzkich słabości. Po lekturze „Opowieści z drugiej kieszeni” mam wrażenie, że autor idzie jeszcze dalej. Kryminał jest tu często tylko pretekstem: do rozmowy o sumieniu, przypadku, próżności, zawodowej rutynie, społecznych odruchach i dziwacznych namiętnościach, które popychają ludzi do rzeczy śmiesznych, podłych albo rozpaczliwych.

Najbardziej lubię u Čapka to, że zbrodnia nie zawsze oznacza u niego wielki dramat. Czasem wyrasta z obsesji kolekcjonera, jak w świetnym „Skradzionym kaktusie”, gdzie historia kradzieży rzadkich roślin zamienia się w komedię o pasji silniejszej od rozsądku. Czasem jest zagadką niemal makabryczną, jak w „Zniknięciu pana Hirscha”, ale nawet tam autor nie pozwala, by sensacyjność przykryła ironię. Czasem z kolei, jak w „Śmierci barona Gandary”, pokazuje różnicę między „ładną” sprawą kryminalną a brudną, prostą rzeczywistością, w której motyw bywa mniej romantyczny, niż chcieliby detektywi i czytelnicy gazet.

Ten tom wydaje mi się bardziej różnorodny od pierwszego. Są tu opowiadania niemal farsowe, są teksty podszyte czarnym humorem, są też historie gorzkie, bliskie przypowieści. Čapek bardzo dobrze rozumie mechanizm anegdoty: zaczyna od drobiazgu, od rozmowy, od pozornie niewinnej obserwacji, a po kilku stronach okazuje się, że mówi o sprawach znacznie poważniejszych. W „Opowieści starego kryminalisty” bawi mnie absurd sytuacji, w której jest morderca, ale nie ma morderstwa, jednak pod spodem zostaje pytanie o sprawiedliwość i winę. W „Sądzie pana Havleny” śmieję się z fikcyjnych procesów, ale równocześnie widzę kpinę z gazet, urzędowego języka i ludzkiej potrzeby widowiska.

Čapek pisze lekko, gawędziarsko, z doskonałym słuchem do mówionego języka. Narratorzy przekomarzają się, dopowiadają, zbaczają z tematu, rzucają uwagi, które czasem są zabawniejsze niż sama intryga. To sprawia, że książka nie starzeje się jak wiele dawnych kryminałów opartych wyłącznie na łamigłówce. Tu ważniejszy od rozwiązania jest sposób patrzenia na człowieka: pobłażliwy, ironiczny, ale nigdy całkiem cyniczny.

Nie wszystkie opowiadania mają równą siłę. Przy takiej formule część tekstów działa jak błyskotliwy żart, który szybko się kończy i nie zostaje w pamięci na długo. Najlepsze są jednak znakomite: zwarte, inteligentne, zabawne, a po chwili niepokojąco trafne. „Opowieści z drugiej kieszeni” czytałem więc nie jako zbiór zagadek, lecz jako galerię ludzkich przypadków. I właśnie dlatego uważam ten tom za równie ciekawy jak pierwszy, a chwilami nawet dojrzalszy: mniej tu wiary w detektywistyczny porządek, więcej świadomości, że życie rzadko daje się zamknąć w eleganckim rozwiązaniu.

Najbardziej wstrząsające opowiadanie ze zbioru jak dla mnie to „Zbiór znaczków”. Można je przeczytać tutaj.

Więcej o książce w tym miejscu.