Karel Čapek, Zbrodnia na poczcie

Opowiadanie pochodzi ze zbioru: Opowieści z jednej kieszeni: opowiadania kryminalne

Karel Capek, Opowieści z jednej kieszeni
Karel Capek, Opowieści z jednej kieszeni

– Panie, sprawiedliwość – powiedział żandarmski sierżant Brejcha. – Chciałbym wiedzieć, czemu na obrazach wygląda ona jak jakaś kobieta z opaską na oczach i z wagą w ręku, jakby pieprz sprzedawała. Ja bym powiedział, że Sprawiedliwość wygląda raczej jak żandarm. Nie uwierzyłby pan, ile spraw my, żandarmi, rozstrzygamy bez sędziego, bez wag i bez takich ceregieli. W drobniejszych przypadkach damy komuś po pysku, a w poważniejszych odepnę pas; i w dziewięćdziesięciu przypadkach na sto to jest cała sprawiedliwość. A powiem panu, że niedawno sam wykryłem dwoje ludzi winnych morderstwa, sam ich skazałem na sprawiedliwą karę i sam tę karę wykonałem – i nikomu o tym nie zameldowałem ani słowa. Zaraz panu opowiem.
No tak, pamięta pan tę panienkę, która dwa lata temu pracowała tu na poczcie. No właśnie, Helenka się nazywała. Taka dobra i miła dziewczyna, ładna jak obrazek. Jakże by jej pan nie pamiętał. Otóż ta Helenka, panie, zeszłego lata się utopiła; weszła do stawu i przeszła jakieś pięćdziesiąt metrów, zanim zrobiło się głęboko. Dopiero po dwóch dniach wypłynęła. A wie pan, dlaczego to zrobiła? Tego dnia, kiedy się utopiła, przyjechała nagle z Pragi kontrola na pocztę i odkryła, że w kasie Helenki brakuje dwustu koron. Marne dwieście koron, panie. Ten głupi rewizor powiedział, że musi to zgłosić dalej i że będzie prowadzone śledztwo o sprzeniewierzenie. Tego samego wieczoru, panie, Helenka z hańby skoczyła do wody.
Kiedy ją wyciągnęli na groblę, musiałem przy niej stać, dopóki nie przyszła komisja. Nie było już w niej, biedaczce, nic pięknego, ale ja wciąż widziałem, jak się uśmiecha zza okienka na poczcie – bo przecież wszyscyśmy tam do niej chodzili, prawda; każdy tę dziewczynę lubił. Do diabła, powiedziałem sobie, to dziewczę nie ukradło tych dwustu koron; po pierwsze dlatego, że nie mogę w to uwierzyć, a po drugie – ona przecież nie musiała kraść. Jej ojciec był młynarzem tam po drugiej stronie, a ona poszła na pocztę z takiej kobiecej ambicji, żeby sama na siebie zarabiać. Ojca dobrze znałem; panie, to był taki pisarz i do tego ewangelik; a powiem panu, u nas tacy ewangelicy i pobożni ludzie nie kradną. Jeśli więc na poczcie brakowało tych dwustu koron, musiał je wziąć ktoś inny. I tak tej martwej dziewczynie na grobli obiecałem, że nie zostawię tego tak.
No dobrze, tymczasem przysłali na pocztę jakiegoś młodzieńca z Pragi, nazywał się Filípek; taki sprytny, zębaty chłopak. Więc chodziłem do tego Filípka na pocztę, żeby coś wypatrzyć. Wie pan, jak to jest na małych pocztach; przy okienku stolik, w stoliku w szufladzie pieniądze i znaczki. Urzędnik ma za plecami taki regał z różnymi taryfami i papierami, a także wagę do ważenia paczek i takich rzeczy.
– Panie Filípek – mówię do niego – proszę pana, zajrzy pan do tych swoich taryf, ile by kosztował, powiedzmy, telegram do Buenos Aires.
– Trzy korony za słowo – powiedział Filípek, jakby nigdy nic.
– A ile by kosztował telegram ekspresowy do Hongkongu? – pytam go znowu.
– Muszę sprawdzić – powiedział Filípek, wstał i odwrócił się do regału. A kiedy tak plecami do stolika wertował taryfę, przecisnąłem się ramieniem przez okienko, sięgnąłem ręką do szuflady z pieniędzmi i otworzyłem ją; otworzyła się zupełnie lekko i cicho.
– Dziękuję, już wiem – mówię. – Tak to się mogło stać. Powiedzmy, że Helenka czegoś szukała w tym regale; wtedy ktoś mógł capnąć te dwieście koron z szuflady. Proszę posłuchać, panie Filípek, czy nie mógłby mi pan pokazać, kto w tych ostatnich dniach wysyłał stąd jakieś telegramy albo paczki.
Pan Filípek podrapał się po głowie i mówi:
– Panie wachmistrzu, to nie pójdzie. Wie pan, obowiązuje coś takiego jak tajemnica korespondencji; chyba że robiłby pan to w imieniu prawa, ale wtedy musiałbym zgłosić przełożonym, że była tu rewizja.
– Proszę zaczekać – mówię. – Tego bym na razie nie chciał robić. Ale proszę posłuchać, panie Filípek, gdyby pan tak… z nudów czy coś… zajrzał do tych papierów, kto w ostatnich dniach wysłał stąd coś takiego, że Helenka musiała się odwrócić tyłem do stolika…
– Panie wachmistrzu – powiada Filípek – telegramy tu jeszcze będą, ale przy listach poleconych i paczkach zapisujemy tylko, dokąd się je wysyła, a nie kto je nadał. Ja więc wypiszę panu wszystkie nazwiska, jakie tu znajdę; to wprawdzie nie bardzo powinno się robić, ale dla pana zrobię. Tylko myślę, że i tak nic z tego pan nie wywnioskuje.
I miał, panie, Filípek rację; przyniósł mi jakieś trzydzieści nazwisk – bo na wiejskiej poczcie niewiele się nadaje, najwyżej jakaś paczka dla chłopaka w wojsku – ale z tego nie wycisnąłem nawet najmniejszego tropu. Gdzie tylko chodziłem, tam o tym myślałem; tak mnie to dręczyło, że chyba nie dotrzymam obietnicy danej tej martwej dziewczynie.

Karel Capek, Opowieści z jednej kieszeni
Karel Capek, Opowieści z jednej kieszeni


No więc pewnego dnia, było to chyba z tydzień później, znów idę na pocztę. Filípek szczerzy do mnie zęby i mówi:
– Panie wachmistrzu, z tymi kręglami już nic nie będzie, ja się pakuję. Jutro przyjdzie tu nowa panienka, z poczty w Pardubicach.
– Aha – mówię na to. – Jakaś dyscyplinarka, co? Pewnie tę pannę przenieśli z miasta na taką marną wiejską pocztę.
– Wcale nie – mówi Filípek i patrzy na mnie jakoś dziwnie. – Ta panna jest tu przeniesiona na własną prośbę, panie wachmistrzu.
– To dziwne – mówię – przecież pan wie, jakie są kobiety.
– Właśnie – powiada Filípek i wciąż tak na mnie patrzy – a jeszcze dziwniejsze jest to, że anonimowe doniesienie, żeby na tej poczcie zrobić nagłą rewizję, też przyszło z Pardubic.
Zagwizdałem i zdaje mi się, że spojrzałem na Filípka tak samo jak on na mnie. Aż tu nagle odzywa się listonosz Uher, który układał tam sobie pocztę do roznoszenia:
– No tak, do Pardubic… Pan adiunkt z majątku prawie codziennie pisze tam do jakiejś panienki na poczcie. To pewnie jego miłość, co?
– Posłuchajcie, ojcze – mówi Filípek – nie wiecie, jak ta panna się nazywa?
– Jakoś tak: Julie Touf… Toufar… Tauferová – powiedział listonosz.
– No to właśnie ona ma tu przyjść.
– A pan Houdek, to znaczy pan adiunkt – mówi listonosz – też prawie codziennie dostaje list z Pardubic. „Panie adiunkcie – mówię mu – znowu list od narzeczonej”. On, to znaczy pan Houdek, zawsze kawałek drogi wychodzi mi naprzeciw. A dziś jest tu jeszcze skrzyneczka, ale z Pragi. O, proszę, przesyłka zwrócona: „Adresat nieznany”. To pan adiunkt chyba pomylił adres. No to mu to zaniosę z powrotem.
– Pokażcie – mówi Filípek. – Zaadresowane na jakiegoś Nováka, Praga, ulica Spálená. Dwa kilo masła. Stempel z czternastego lipca.
– To jeszcze była tu panna Helenka – powiedział listonosz.
– Dajcie – mówię do Filípka i powąchałem tę skrzyneczkę. – Panie Filípek – mówię – to dziwne: to masło było dziesięć dni w drodze, a wcale nie śmierdzi. Ojciec, zostawcie tę skrzyneczkę tutaj i idźcie z roznoszeniem.
Gdy tylko listonosz wyszedł, Filípek powiedział do mnie:
– Panie wachmistrzu, to się wprawdzie nie powinno, ale tu jest dłuto.
I odszedł, żeby niby tego nie widzieć.
Panie, podważyłem tę skrzyneczkę; w środku były dwa kilo ziemi. Poszedłem więc do Filípka i mówię:
– Człowieku, o tej sprawie ani słowa nikomu, rozumiecie? Ja to już sam załatwię.
Naturalnie zabrałem się i poszedłem do tego adiunkta Houdka na majątek. Siedział na kłodach i patrzył w ziemię.
– Panie adiunkcie – mówię – na poczcie zaszło jakieś nieporozumienie; czy nie pamięta pan, na jaki adres wysłał pan przed dziesięcioma albo dwunastoma dniami taką skrzyneczkę?
Houdek trochę jakby zbladł i mówi:
– To nieważne; sam już nie wiem, komu to było.
– Panie adiunkcie – powiedziałem – a jakie to było masło?
Houdek zerwał się wtedy blady jak ściana.
– Co to ma znaczyć? – krzyknął. – Dlaczego mnie pan tym dręczy?
– Panie adiunkcie – mówię. – Sprawa wygląda tak: pan zabił Helenkę z poczty. Przyniósł pan skrzyneczkę z fałszywym adresem, żeby musiała ją zważyć na wadze. Kiedy ważyła, pan nachylił się przez okienko i ukradł z szuflady dwieście koron. Przez te dwieście koron Helenka się utopiła. Tak to właśnie było.
Panie, ten Houdek trząsł się jak liść.
– To kłamstwo! – krzyczał. – Dlaczego miałbym kraść dwieście koron?
– Dlatego, że chciał pan sprowadzić na tę pocztę pannę Tauferovą, swoją narzeczoną. Ta pańska panna wysłała anonimowe doniesienie, że Helence brakuje pieniędzy w kasie. Wy dwoje wpakowaliście Helenkę do stawu. Wy dwoje ją zabiliście. Ma pan na sumieniu zbrodnię, panie Houdek.
Houdek osunął się na te kłody i zakrył twarz rękami; nigdy w życiu nie widziałem mężczyzny, który by tak płakał.
– Jezu Chryste – jęczał – skąd miałem wiedzieć, że ona się utopi! Myślałem tylko, że ją zwolnią… przecież mogła wrócić do domu! Panie wachmistrzu, ja tylko chciałem ożenić się z Julką; ale jedno z nas musiałoby zrezygnować z posady, gdybyśmy się pobrali… a z jednej pensji nie dalibyśmy rady… Dlatego tak bardzo chciałem, żeby Julka dostała tę pocztę! Pięć lat na to czekamy… Panie wachmistrzu, to jest taka straszna miłość!
Panie, nie będę już dalej opowiadał; była noc, ten człowiek klęczał przede mną, a ja, panie, płakałem nad tym wszystkim jak stara baba – nad Helenką i nad całą resztą.
– Dosyć – powiedziałem w końcu – mam już tego po uszy. Człowieku, dawajcie te dwieście koron. Tak. A teraz jeszcze jedno: gdyby panu przyszło do głowy iść do panny Tauferovej, zanim ja to wszystko uporządkuję, zrobię na pana doniesienie o kradzieży, rozumiecie? A gdyby pan się zastrzelił albo zrobił coś podobnego, powiem wszystkim, dlaczego pan to zrobił. I koniec.
Tej nocy, panie, siedziałem pod gwiazdami i sądziłem ich oboje; pytałem Boga, jak mam ich ukarać, i zrozumiałem tę gorycz i radość, jaka jest w sprawiedliwości. Gdybym ich oskarżył, Houdek dostałby kilka tygodni więzienia w zawieszeniu; a i tak trudno byłoby to udowodnić. Houdek zabił tę dziewczynę; ale nie był pospolitym złodziejem. Każda kara wydawała mi się zarazem zbyt wielka i zbyt mała. Dlatego sam ich osądziłem i sam ich ukarałem.
Rano po tej nocy poszedłem na pocztę. Za okienkiem siedziała blada, wysoka panna o takich palących oczach.
– Panno Tauferová – mówię – mam tu list polecony.
Podałem jej list z adresem: „Dyrekcja Poczt i Telegrafów w Pradze”. Spojrzała na mnie i przykleiła na kopercie znaczek.
– Chwileczkę, panno – powiedziałem. – W tym liście jest doniesienie, kto ukradł dwieście koron pańskiej poprzedniczce. Ile wyniesie opłata za przesyłkę?
Panie, w tej kobiecie była straszna siła; ale mimo to zbladła jak popiół i zastygła jak kamień.
– Trzy korony pięćdziesiąt – wydusiła.
Odliczyłem trzy korony pięćdziesiąt i mówię:
– Proszę bardzo, panno. Ale gdyby się te dwieście koron – mówię, kładąc na stoliku te dwa ukradzione banknoty – gdyby się te dwieście koron znalazły gdzieś tu zapadnięte albo odłożone, rozumie pani?… żeby było widać, że zmarła Helenka nie kradła, panno… wtedy wziąłbym ten list z powrotem. No więc jak?
Nie powiedziała ani słowa; tylko patrzyła tak paląco i nieruchomo gdzieś przed siebie.
– Za pięć minut przyjdzie listonosz, panno – mówię. – No więc jak, mam sobie ten list zabrać?
Skinęła szybko głową.
Zabrałem więc list i chodzę przed pocztą. Panie, tak napięty jeszcze nigdy nie byłem. Po dwudziestu minutach wybiega stary listonosz Uher i krzyczy:
– Panie wachmistrzu, panie wachmistrzu, już się znalazły te dwieście koron, których brakowało pannie Helence! Ta nowa panna znalazła je schowane w jednym z cenników! Co za przypadek!
– Fotrze – mówię do niego – to idźcie i wszędzie mówcie, że te dwieście koron się znalazły. Wiecie, żeby każdy wiedział, że zmarła Helenka nie kradła. Dzięki Bogu!
To była pierwsza rzecz.
Druga była taka, że poszedłem do starego właściciela majątku. Pan go nawet nie zna; to hrabia, trochę dziwak, ale bardzo dobry człowiek.
– Panie hrabio – mówię – nie pytajcie mnie o nic; ale chodzi o sprawę, w której my ludzie powinniśmy trzymać się razem. Niech pan wezwie adiunkta Houdka i powie mu, że jeszcze dziś musi wyjechać na pański majątek na Morawach; a jeśli nie będzie chciał, to że go pan natychmiast zwalnia.
Stary hrabia uniósł brwi i przez chwilę patrzył na mnie; panie, nie musiałem się nawet starać, żeby wyglądać tak poważnie, jak tylko można.
– No dobrze – powiedział hrabia. – Nie będę więc o nic pytał.
I kazał zawołać Houdka.
Houdek przyszedł, a gdy zobaczył mnie u hrabiego, zbladł, ale stał jak świeca.
– Houdku – powiedział hrabia – niech pan każe zaprzęgać i pojedzie pan na pociąg; dziś wieczorem obejmie pan posadę na moim majątku pod Hulínem. Zatelegrafuję, żeby tam na pana czekali. Zrozumiano?
– Tak – powiedział cicho Houdek i wlepił we mnie oczy; takie oczy, wie pan, jak potępieniec w piekle.
– Ma pan jakieś zastrzeżenia? – zapytał hrabia.
– Nie – odpowiedział ochryple Houdek, nie spuszczając ze mnie oczu. Panie, aż mi było nieswojo od tego spojrzenia.
– No więc może pan iść – zakończył hrabia.
I było po wszystkim. Za chwilę zobaczyłem, jak odwożą Houdka powozem; siedział tam jak drewniana lalka.
To już wszystko. Gdy będzie pan na poczcie, niech pan zwróci uwagę na tę bladą pannę. Jest zła, zła na wszystkich i robią jej się takie złe, stare zmarszczki. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś zobaczy się ze swoim adiunktem; może czasem do niego jedzie, ale wraca jeszcze bardziej zgorzkniała i paląca. A ja patrzę na nią i myślę sobie: sprawiedliwość musi być.
Ja jestem tylko żandarmem, panie, ale powiem to panu z doświadczenia: czy istnieje jakiś wszechwiedzący i wszechmocny Bóg, tego nie wiem; a gdyby nawet był, to nam z tego niewiele przychodzi. Ale powiadam panu: musi istnieć Ktoś najwyżej sprawiedliwy. To na pewno.
My możemy tylko karać; ale musi być ktoś, kto potrafi przebaczać. Powiem panu: ta prawdziwa i najwyższa sprawiedliwość jest czymś tak dziwnym jak miłość.

Tłumaczenie: Piotr Simek

Karel Capek, Opowieści z jednej kieszeni
Karel Capek, Opowieści z jednej kieszeni

Audiobook na Youtube: