Recenzja: Maurycy Korda, 13 dni „Telimeny”

Zupełnie nieoczywisty kryminał z PRL. Jakby ktoś Agathę Christie przeszczepił na polski grunt, a angielski nobliwy dom zamienił na dom Funduszu Wczasów Pracowniczych…

„13 dni »Telimeny«” Maurycego Kordy zaczyna się jak wakacyjny reportaż z FWP, a w kilka scen przechodzi w pełnoprawny kryminał. Dziennikarz-narrator, świeżo przybyły do ośrodka „Telimena”, trafia w niewielkie, mocno zróżnicowane towarzystwo: jest zalotna i pewna siebie Ola Ryssy, jej stateczny mąż, energiczna pani Szuplicka, cięty na riposty Skowronek, sportowy idol Sztrum i parę „nowych” twarzy. Szybko padają pierwsze niepokojące akcenty: podsłuchana rozmowa z ostrzeżeniem „Daję ci dwa dni czasu!” sygnalizuje, że do ośrodka przyjechały nie tylko wczasy, lecz także dawne sprawy, które ktoś woli załatwiać po cichu . Potem przychodzi dzień nad jeziorem: kajaki, zgiełk, nagły „wypadek” i nerwy przy przystani — scena, po której bohaterowie zaczynają patrzeć na siebie podejrzliwie, a część faktów nie chce się domknąć . Gdy trzeci dzień kończy się przyjazdem karetki i milicyjnego „gazika”, w „Telimenie” zapada cisza, która „bije w uszy”: od tej chwili wiemy, że jesteśmy w środku kryminalnej układanki i że ktoś w tym niewielkim kręgu gra w nieczystą grę .

Struktura opowieści jest klarowna: dzień po dniu narrator i jego ekscentryczny współlokator, Kowalik, próbują śledzić mikrogesty i sprzeczności w zeznaniach — bez policyjnego zaplecza, za to z logiką, notatnikiem i, bywa, z poczuciem humoru. To duet nie tyle „detektywów”, ile czujnych obserwatorów; Korda pozwala im się mylić, błądzić i dopiero mozolnie sklejać obraz z drobiazgów: ton głosu, nerwowy papieros, zbyt doskonały heroizm, drobne zbiegi okoliczności.

Na tle angielskich kryminałów „zamkniętego kręgu” — Christie, Marsh, Sayers — Korda gra czysto rozpoznawalnymi nutami: ograniczona przestrzeń (ośrodek wczasowy odcięty deszczem i rutyną), zamknięta lista podejrzanych, wcześniejszy „incydent” jak z próby generalnej, punktowe przesłuchania i rozmowy, podczas których słowa mają drugie dno. Co więcej, w tekście pojawia się jawne mrugnięcie do tradycji: Kowalik wspomina „genialną panią Agathę Christie”, jakby sam autor podpisał kontrakt z klasycznym kanonem fair play — czytelnik dostaje do rąk te same poszlaki, co bohaterowie, i może próbować ich wyprzedzić (albo przynajmniej dotrzymać im kroku) . Różnica tkwi w materii świata: zamiast angielskiej rezydencji i sreber rodowych mamy PRL-owską „Telimenę” z boiskiem, kajakami i stołówką; zamiast obyczajowej elegancji — język i gesty codzienności, gdzie komiczne i prozaiczne rozbraja patos, ale nie unieważnia lęku. Ta „przyziemność” nie obniża napięcia — przeciwnie, robi je bardziej dotykalnym: jeśli zbrodnia wydarza się w miejscu tak zwyczajnym, to zwyczajna staje się i podejrzliwość.

Najciekawiej wypada porównanie z typowym kryminałem milicyjnym PRL, w którym śledztwo prowadzi funkcjonariusz MO, wsparty aparatem instytucji, techniki i procedur. U Kordy milicja istnieje, lecz zostaje na obrzeżu: przyjazd, formalności, pieczęcie — dalej znika z kadru, a inicjatywę przejmują amatorzy. To zasadnicza zmiana perspektywy: zamiast dydaktyki i „podręcznikowej” pracy operacyjnej mamy prywatną dociekliwość, podsłuchane kwestie, nieporadne rekonstrukcje i dedukcję z codziennych gestów. Dzięki temu „13 dni »Telimeny«” czyta się jak wariant powieści zamkniętego kręgu przeniesiony w realia turnusu: skromny entourage staje się równorzędnym bohaterem, a tropy — konsekwentnie rozstawiane — nie wyglądają na cudowne objawienia, tylko na wynik cierpliwego patrzenia. Narrator z Kowalikiem dyskutują, notują, czasem błądzą, lecz ich logika pozostaje „uczciwa” wobec czytelnika: nikt nie wyciąga asa z rękawa, bo istotne elementy były już wcześniej w kadrze (choć często przysłonięte żartem lub deszczem) .

Jeśli lubisz klasykę „zamkniętego kręgu”, ale chcesz poczuć zapach stołówkowego kompotu zamiast angielskiej herbaty, „13 dni »Telimeny«” trafia w punkt.

Szczegóły książki znajdziesz tutaj.